wtorek, 6 listopada 2012

Niewesoło mi

Dziś pożegnałam koleżankę. Z pierwszej kolonii. Ze szkolnej ławy. A potem z pracy... Tyle różnych wspólnych przeżyć, tyle doświadczeń, śmiechu i rozterek. Pierwsze zakochania. Pierwsze wagary.
Potem jakoś tak nasze drogi się rozeszły. Potem zeszły. Znowu rozeszły.
Ostatnio, zanim przeniosłam się do innego miasta, widywałyśmy się czasem w pracy, ale jakoś tak nie było nam po drodze, żeby odświeżyć relację. A ponieważ nasi rodzice utrzymują ze sobą kontakt, wiedziałam co u niej, a ona, co u mnie.
I tak płynął czas. Aż kila miesięcy temu dowiedziałam się, że K. ma raka. Niemożliwe. Ona? Dlaczego? Niemożliwe. Zawsze człowiekowi w takich chwilach wydaje się, że takie poważne choroby i tragedie dzieją się daleko. U innych. Takie historie przekazywane z ust do ust, dotyczą jakiś anonimowych ludzi. Tak miałam, gdy zachorowała babcia i gdy wiele lat później mama. Wydawało mi się wtedy, że to nie może być moja historia. A jednak była.
Gdy dowiedziałam się, że K. jest tak ciężko chora od razu pomyślałam o jej małych dzieciach. O tym, że na pewno wyjdzie z tego, przecież ma dla kogo. Przecież ma w sobie taką moc, że da radę. Zresztą zawsze była silna i miała dużo szczęścia. Gdy usłyszałam, że lekarz powiedział jej mężowi, że zostało jej maksymalnie 8 miesięcy życia, byłam wciekła i rozżalona. Jak można coś takiego powiedzieć. Bezczelny pseudolekarz. Jasnowidz od siedmiu boleści! Byłam pewna, że tak jak zawsze, da radę. Zawsze była tą silniejszą, tą bardziej przebojową, upartą i odważną. Bardzo wierzyłam, że wszystko będzie dobrze. Ale nie było. Chyba w Niebie potrzebowali właśnie kogoś takiego jak K.
Tak mi żal tych dzieciaczków. Męża. Rodziców.
Serce mi pęka, gdy o tym myślę. Mimo, iż wiem, że tak musiało się stać, pytam: DLACZEGO?! Tak trudno zrozumieć los.
Nie widywałyśmy się, ale wiedziałam, że jest. Gdzieś po drodze naszego życia mijałyśmy się. A teraz już nie miniemy. Mam żal do siebie, że w całym tym pokręconym życiu, tak łatwo odpuszczam spotkania ze znajomymi, myśląc, że jeszcze będzie czas. A potem już tak się oddalamy od siebie, że jakoś tak głupio zadzwonić, zapytać, spotkać się. Człowiek myśli, że będzie jakieś "później". Ale niestety "później" może nie być wcale. Wypadałoby zacytować te wielokroć, w wielu miejscach cytowane, ale jakże trafne słowa księdza Twardowskiego. Ale co to zmieni? Już nic...
Dziękuję Ci, że kiedyś byłaś.

14 komentarzy:

  1. Smutne to :( przykro mi z powodu kolezanki... :(

    OdpowiedzUsuń
  2. doskonale Cię rozumiem, ja również przeżyłam śmierć najlepszej przyjaciółki, najfantastyczniejszej osoby pod słońcem i wiem jak to jest. Jest ciężko, smutno i źle:(

    OdpowiedzUsuń
  3. ja w kwietniu tego roku pochowałam bliską koleżankę. Miała 24 lata.... życie bywa okrutne. faktycznie czasem mozna nie zdązyć na to "później" :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie to jest najgorsze, że już nie ma "później".

      Usuń
  4. Smutne, ale prawdziwe.. Słowa ks. Twardowskiego rzeczywiście nasuwają się same. Bez sensu ciągle gdzieś gonimy, świat oszalał :/

    OdpowiedzUsuń
  5. tak mi przykro, zapalam świeczuszkę dla K. [*]
    w takich chwilach zaczynamy doceniac to co mamy, bo tak latwo to stracić ;(((

    OdpowiedzUsuń
  6. Smutne to bardzo :( Życie jest zbyt krótkie..

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za poświęcony czas:)
Zapraszam ponownie;)